Każda kolejna premiera nowego modelu M, witana jest na świecie z wielkim entuzjazmem. Oczywiście nie na całym świecie i oczywiście nie przez wszystkich. Nawet część fotografujących ma system M za zjawisko niewytłumaczalne. Czyż jednak nie jest podobnie z produktami Apple, które znajdują gorących zwolenników, podczas gdy inni uważają je za „przepompowane” cenowo efekty strategii marketingowej. Jednak i w jednym przypadku i w drugim, mamy do czynienia z entuzjazmem tak głębokim, że wręcz maniakalnym. Fani marki oczekują premier kolejnych wersji swych ulubionych produktów, używają ich z wielkim przekonaniem i nie wyobrażają sobie życia bez nich. Aby osiągnąć taki stopień zaufania, firmy muszą się naprawdę starać, aby ich produkty były zgodne z oczekiwaniami klientów. Nie. One muszą wyprzedzać oczekiwania klientów. Za każdym razem mamy więc do czynienia z jakimś tam krokiem naprzód. Czasami są to kroczki zaledwie a czasami kroki milowe. Prezentacja modelu M11 jest krokiem milowym, a za taki uważam złamanie trwającego od lat zamknięcia pokrywą dolną akumulatora i karty pamięci. Korpus M pozostaje pod tym względem łatwo dostępny. W skorupie M nastąpił wyłom tym większy, że zagościło tam gniazdo USB-C, coś naturalnego w dzisiejszym świecie. Jednak to tylko zewnętrzne pozorne zmiany. Inne zauważyłem podczas fotografowania. To one sprawiają, że ten model uznać należy za wybitny w linii rozwojowej aparatów Leica M. To nie będzie więc zwykły test. Nie będzie linii na milimetr i nie będzie szczegółowych danych technicznych. Będzie na wskroś subiektywnie. Będzie też krótko, ponieważ resztę zobaczycie w godzinnym filmie, który odważyłem się popełnić. Na film zapraszam, a tymczasem garść obserwacji. Totalne subiektywnie. Ostrzegam.

Pierwsze wrażenie organoleptyczne – prawidłowe. To zdecydowanie model M w wersji post M10, czyli zwężony, świetnie leżący w dłoni, piękny jak każda „emka”. Klasyczny, identyczny, tak samo wyważony. Dłonie automatycznie sięgają dokładnie tam, gdzie przywykły sięgać. Palce bezbłędnie trafiają na przyciski i pokrętła. Tak jest od lat. Na tym polega fenomen „M”. Dopiero po chwili zauważamy, że coś „jest nie tak”. To dolna pokrywa, która do tej pory zakrywała dostęp do karty i wymiany akumulatora przestała istnieć i została zastąpiona systemem znanym z modeli Q, SL i S. Bezpiecznik z metalu, odbezpiecza akumulator, który odblokowuje się i trzeba go lekko nacisnąć, aby go wydobyć.

Zadziwiające, że akumulator jest olbrzymi i prostokątny, a nie zaokrąglony jak w innych modelach. Może bardziej by pasował do zaokrągleń korpusu… Jednak jest to próba zwrócenia się ku nowoczesności, którą w takim samym kształcie zapowiada dołączany wizjer elektroniczny Visoflex2.

Prostokątny, duży, nadający całości nowoczesnego sznytu. M11 wygląda dobrze z tym dodatkiem. Z nowym gripem, jeszcze bardziej. Moim zdaniem to zdecydowanie dodatek nr 1 dla kupującego nową M11. Między innymi dlatego, że nie trzeba korzystać z płytki Arca Swiss, aby umieścić aparat na statywie. Grip jest zresztą najlepiej zaprojektowanym dodatkiem do tego modelu, między innymi przez zastosowanie gumowego wypełnienia, które po odgięciu umożliwia dostęp do akumulatora, nawet gdy aparat jest na statywie. W tym przypadku mini grip pod palce, to jedynie miły dodatek. Dobra. Do rzeczy.

Jest to więc nadal solidne M, dostępne w dwóch wersjach różniących się kolorem i materiałem użytym do budowy górnej części korpusu. Czarny – aluminium, srebrny – mosiądz.

Drugie wrażenie to intuicyjna obsługa menu. Tak. Menu, ponieważ reszta jest „intuicyjna” od dziesięcioleci. Pokrętło czasów i ISO na korpusie oraz pierścień przysłony na obiektywie załatwiają wszystko, co jest nam potrzebne. Natomiast wzięte z innych modeli, uproszczone menu, wsparte czterokierunkowym przyciskiem i tylnym pokrętłem wnosi szybkość wprowadzania zmian w ustawieniach bardziej zaawansowanych na wyższy poziom. Razem z nowym procesorem i ekranem dotykowym uzyskujemy szybki podgląd punktu, który wskazaliśmy palcem jako ten do powiększenia na ekranie, kiedy już przekręcimy pierścień ostrości na przecież manualnym obiektywie. Podgląd wykonanych zdjęć uzyskujemy błyskawicznie, ich przeglądanie jest szybsze niż na smartfonie (jeśli mamy szybką kartę). Aparat działa błyskawicznie i zachęca do szybkiego ostrzenia, przekadrowywania i naciskania na spust. Tu widać bardzo duży postęp.

Kolejnym jest gniazdo ładowania i przesyłu danych USB-C. Nie musimy mieć osobnej ładowarki, każda dowolna na kabel USB z końcówką USB-C nas poratuje. Jest nowocześnie, jest dobrze. Koniec z czarną kostką ładującą akumulatory w torbie!

No i po takim szybkim poznaniu pora na zdjęcia. Od lat powtarzałem, że Leica będzie musiała podążać drogą zwiększania rozdzielczości, jeśli będzie chciała się liczyć jako narzędzie dla poważnych fotografów. W walce o prędkość AF nie wystartuje, ale w rozdzielczości powinna. Między innymi z powodu konstruowania naprawdę wyśrubowanych optycznie szkieł, jakimi są APO Summicrony. Wersja M10R już była dobrym krokiem, ale zespół nowych cech zastosowany w tym modelu jest o wiele większy no i rozdzielczość topowa jak na początek 2022 roku w formacie małoobrazkowym.

Dlaczego tak upieram się na te wysokie rozdzielczości? Otóż onegdaj w latach schyłkowych fotografii analogowej to właśnie optyka systemu M, wyczarowywała na tych samych filmach, które mieli do dyspozycji właściciele Canonów i Nikonów o wiele ostrzejsze obrazy. Obrazy były tak ostre, że jeśli ktoś chciał mieć taką ostrość na diapozytywach, musiał korzystać ze średniego formatu lub mieć korpus Leica M. Po prostu. Teraz każdy producent ma swoje oprogramowanie do matryc i czaruje na swój sposób. M11 też czaruje nas na swój sposób. Mnie oczarowała pod względem zdjęciowym do tego stopnia, że popadłem w stan iście euforyczny. Po pierwszych zdjęciach, spojrzałem na to, co trzymam w dłoniach, jakby z niedowierzaniem myśląc (o zgrozo!), że gdybym nie musiał mieć średniego formatu, który plastyką i rozdzielczością wyprzedza znacznie mały obrazek (ups – przepraszam – pełną klatkę), chciałbym mieć taki korpus. Nie dosyć, że klasyczny, niezniszczalny i piękny to jeszcze cechujący się takim obrazem.

Tak moi drodzy! Obraz z M11 jest wreszcie tym na co czekałem w kolorowych korpusach M. Nie myślcie, że tylko o rozdzielczość mi chodzi. Ona jest wreszcie zadowalająca. Dobra. Wiem, że piszę subiektywnie, ale ostrzegałem, że tak będzie. Maniak rozdzielczości, taki jak ja, który uważa, że 100 megapikseli w małym średnim formacie, to dopiero początek ostrych zdjęć, może pozwolić sobie na taką dygresję. Tu jest rewelacyjnie, jeśli chodzi o rozdzielczość. M11 w krajobrazie? Tak mogę sobie to wyobrazić. W profesjonalnym portrecie? A jakże! Ja jednak nie o tym, ponieważ 60 megapikseli wszyscy już znamy z modelu Sony A7RIV. Tu jest tak samo ostro. To dokładnie ta sama zależność, jaką odnajduję pomiędzy korpusami małego średniego formatu takimi jak Hasselblady X i Fujifilm GFX. Ta sama matryca a inny obraz. Choć ostrość taka sama.

No właśnie inny obraz. To on stał się powodem euforii! Uderzyła mnie fala nostalgii. Nie jakiejś tam, ale bardzo konkretnej nostalgii. Po zobaczeniu pierwszych kadrów z ocienionych ulic Warszawy, które budząc się mroźnym rankiem do życia, próbowały przygotować się na ciepłe słoneczne promienie, padające gdzieś z boku, pod niedorzecznie małym kątem. Oświetlone górne piętra kamienic już cieszyły się ciepłem, podczas gdy dolne piętra jeszcze ginęły w zimnym mroku. Pierwsze zdjęcie takiego kadru już mnie zastanowiło. Na widocznych poniżej zdjęciach zobaczycie nieprzerabiane jotpegi z aparatu. Nie wyciągałem cieni. To automatyka aparatu dawała taki efekt. Pomiar, który tu może być matrycowy pomimo, że używamy trybu dalmierzowego, wykazał się niesamowicie trafną oceną sytuacji. Fakt, że wprowadziłem stałą korektę jak przy fotografowaniu na diapozytywach – aby nie prześwietlić świateł – ale to, co zobaczyłem mnie zaskoczyło. Zaraz po zdjęciach sięgnąłem do informacji producenta i doczytałem się, że korpus oferuje rozpiętość 15 stopni przysłony. I wiecie co? Nie przesadzają. Rozpiętość jest olbrzymia. Kolorystyka w automacie i trybie standard rewelacyjna a system balansu bieli znakomity. Lepszy niż w pełnoklatkowej konkurencji. Może nie aż tak dobry, jak System Naturalnych Kolorów Hasselblada, ale dużo mu nie brakuje. Było rewelacyjnie, ale nostalgia i łezka w oku się zakręciła z innego powodu.

W swoim fotograficzno-zawodowym żywocie, przez długie lata pracowałem na błonach diapozytywowych Kodak Ektachrome. Kodachromy były bardziej Hasselbladowe (w kolorystyce nowoczesnych cyfrówek tego producenta i systemu naturalnych kolorów), ale niedostępne i wywoływane jedynie na zachodzie. Błony Fujifilm stały się atrakcyjne pod względem kontrastu i ostrości dopiero wówczas gdy wprowadzono Velvię. Tak więc właśnie Ektachrom, poprawnie naświetlony dawał takie błękity i tak specyficznie pokazywał ciepło barwy słonecznej. Oczy nie mogą się mylić. To kadry z Ektachrome. Zwariowałem. Tyle że, oczywiście znacznie bardziej ostre. Radośnie chodziłem sobie po mieście i nie wiem, kiedy zleciało kilka godzin. 2-3 stopnie Celsjusza nie rozpuszczały a ja bez rękawiczek, z metalowym korpusem w dłoni przemierzałem miasto, ciesząc się z każdego kolejnego obrazka, który wydawał mi się kadrem z diapozytywu. Przy tej rozpiętości tonalnej to zupełnie magiczny diapozytyw. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że nadejdą czasy, w których obrazy będą tak ostre, że większość optyki przestanie dawać radę, a cienie i światła będą mogły zawierać informacje, które nie są dostrzegane przez oczy, to nigdy bym nie uwierzył. Gdyby dodał to, pokazując model M6 i stwierdził, że robić to będzie taki aparat i to bez filmu, przeprosiłbym bym mego rozmówcę, aby wyjść do innego pokoju i sięgnąć po telefon (stacjonarny przecież) i wykręcić (tak wykręcić – numer na pogotowie). Tak bardzo bym się o niego bał. Teraz jest to fakt!

Wreszcie Leica M stanęła w czołówce rozdzielczości i ostrości, w finalnym obrazie z obiektywów APO umożliwiając sięgnięcie po jakość czołową w pełnej klatce. Kiedyś Leica była najostrzejsza. Te czasy wróciły.

Kadry wykonane aparatem Leica M11 z obiektywem Summilux 50 mm f/1,4 ASPH.