Hasselblad w tej odsłonie to jedna z najciekawszych pozycji na profesjonalnym rynku fotograficznym. Zbudowany w oparciu o dokładnie taką samą matrycę jak model 907 X lub Fujifilm GFX 50 R i 50 S oferuje zupełnie inne, nie bójmy się tego sformułowania, rewolucyjne podejście do sposobu fotografowania.

Z tym modelem wiąże się zupełnie nowatorskie podejście do zaprojektowania korpusu aparatu fotograficznego. Coś podobnego mogliśmy już oglądać w przypadku aparatu APS-C modelu Leica TL. Korpus wykonany z metalowego monolitu to zupełnie nowa jakość, jeśli chodzi o aparaty fotograficzne. Dobrze wiecie, że większość aparatów profesjonalnych to konstrukcje metalowe. Producenci się tym bardzo chwalą. Jednak gdy oglądamy prospekt danego modelu aparatu, nagle okazuje się, że metalowy jest sam szkielet. Na ogół ten szkielet przykryty jest mniej lub bardziej trwałym tworzywem sztucznym. Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale zawsze jest to tylko finezyjna skorupa o cienkich (masa) ściankach. Tu mamy do czynienia z czymś zupełnie odmiennym. Jednolita bryła to w czystej linii naśladownictwo korpusów komputerów Mac Book Pro, gdzie cały główny korpus komputera to jeden element obrobionego aluminium. Dokładnie tak samo jest w przypadku tego aparatu, który dzięki temu zyskał nieprawdopodobną sztywność. Właściwie nie ma tego, do czego porównać. Nawet stare aparaty fotograficzne wykonane z metalu były metalowe z zewnątrz, ale metal nie był tej grubości. Taka solidność wykonania nie zdarza się wśród współczesnych kamer. Sam koncept budowy to oczywiście nie wszystko. W ślad za tym podąża odpowiednio wyprofilowany kształt. Głęboki grip pokryty gumą powoduje bardzo pewne trzymanie korpusu, bez względu na to, z jakim obiektywem akurat pracujemy. Grip bardzo wybrzuszony daje efekt niesamowitej pewności uchwytu. Przy opisie innych aparatów często mówi się, że korpus nie trzeszczy pod naciskiem dłoni. Tu taki opis w ogóle nie jest potrzebny. To nie ma co trzeszczeć. Idąc dalej w opisie samej konstrukcji bryły aparatu, dochodzimy do miejsca blokowania akumulatora. Przełącznik blokady akumulatora przypomina rozwiązania używane w broni palnej do odblokowywania magazynka. Zresztą kształt akumulatora bardzo magazynek pistoletowy przypomina. Odblokowanie dźwignią powoduje wysuniecie akumulatora – nie ma tu żadnej klapki, to część akumulatora zasklepia otwór. Wysunięcie następuje tylko do pewnego momentu, musimy nacisnąć tak wysunięty akumulator, aby rzeczywiście opuścił gniazdo. Całość operowania korpusem i akumulatorem, pokazuje nam jak bardzo pewna pod względem mechanicznym jest to konstrukcja. W przedniej części korpusu znajdziemy tylko przycisk odblokowujący bagnet obiektywu. Na górnej powierzchni mamy niesamowity złocisty lub też miedziano-złoty przycisk spustu migawki. Tak, oczywiście także wykonany z metalu. Metalowe są pozostałe dwa przyciski górnej płyty i pokrętła znajdujące się na profilu uchwytu z przodu pod palcem wskazującym i z tyłu pod kciukiem.

Większą część tylnej ścianki zajmuje krystalicznie przejrzysty, bardzo jasny, ekran dotykowy. Tak naprawdę to on jest głównym centrum sterowania, a jego obsługa wsparta jest jedynie przez cztery przyciski. Możecie wierzyć lub nie lecz większa ilość przycisków jest zbędna, ponieważ całej nawigacji, wyboru funkcji dokonujemy albo pokrętłami na uchwycie, albo bezpośrednio na ekranie dotykowym. Aparat wyposażony jest w wysokiej jakości bardzo precyzyjny wizjer, który w czasie rzeczywistym, bez zbędnych opóźnień pokazuje nam, jak to w bezlusterkowcach – gotowy obraz. Taka koncepcja to już nie nowość, ponieważ wersja druga to tylko delikatnie poprawiona wersja pierwsza aparatu. Oczywiście pod względem budowy. Owszem lepszy wizjer, owszem metalowe pokrętła, owszem większy ekran, ale tak naprawdę mamy do czynienia z kosmetycznymi, acz bardzo istotnymi zmianami. Ten monolit konstrukcyjny to korpus kryjący w sobie 50-megapikselową matrycę małego średniego formatu. Dokładnie ta sama matryca wbudowana jest w korpusy innych aparatów tego segmentu, o czym wspomniałem na wstępie. Czy w takim razie jest sens pochylać się nad nowymHasselbladem, skoro podobno matryce możemy mieć w innych, tańszych konstrukcjach?

Otóż zdecydowanie warto. Jak się okazuje, choć wydawać będzie się to wam absurdem, że innowacyjne podejście w budowie korpusu może zostać wsparte równie innowacyjnym podejściem do obsługi całego aparatu. To podejście jest na tyle różne, że sprowadza fotografowanie do zupełnie nowego poziomu. Nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. Zdają sobie sprawę, że ktoś, kto tego aparatu nie miał w ręku, tego nie zrozumie. Ja sam przez ponad tydzień nie mogłem pojąć, co tak naprawdę zmienia się w moim fotograficznym przepływie pracy. Co zmienia się pod wpływem tego aparatu w moim fotografowaniu? Nie umiałem tego zrozumieć. Nie potrafiłem tego zdefiniować. Tak naprawdę nie zdawałem sobie nawet sprawy z tego – czy jest to krok w przód, czy w tył? Czy to dobre zmiany, czy nie? 

Dopiero po tygodniu obcowania z tą konstrukcją dotarło do mnie z całą mocą, że mam do czynienia z nową jakością fotografowania. Wcześniej testowałem model 907 X, w którym ujęło mnie to, że tak zgrabnie połączono ze sobą klasykę starych korpusów z najnowocześniejszą elektroniką. Tu jednak dostałem do ręki zupełnie odmienioną wersją tego samego konceptu elektronicznego, który w tym wydaniu okazał się jeszcze szybszy, jeszcze bardziej rewolucyjny. Po prostu eliminacja klasycznych nawiązań i włożenie tak zaawansowanej elektroniki i tak nowoczesnego konceptu sterowania i interfejsu do tak nowoczesnego korpusu sprawiły, że trudno było mi nazwać wszystkie pozytywne cechy ukryte w tym projekcie. 

Tak naprawdę nie mogłem zrozumieć, dlaczego menu jest tak ograniczone. Po dwóch dniach pierwszych zdjęć i modyfikacji ustawień doszedłem do wniosku, że tak naprawdę, żadnych więcej ustawień już nie potrzebuję. Po pierwszym szoku, który spowodowany był między innymi tym, że w korpusie nie ma żadnych możliwości ingerencji w profile kolorystyczne obrazu poza oczywiście balansem bieli, doszedłem do konkluzji, że to właśnie niezliczone profile ustawień barwnych najbardziej komplikują nasz proces fotograficzny. 

Ustawiamy w pocie czoła profil – portret, krajobraz i inne takie. Jeżeli system nam to umożliwia, wchodzimy głębiej. Ustawiamy kontrast, ostrość, czerń, rozpiętość tonalną. Ustawiamy to wszystko, a i tak pracujemy na plikach RAW. Owszem widzieć podgląd fotografii na pliku jpg to miła funkcja, ale tak naprawdę liczy się dla nas przecież plik surowy. No i właśnie. HNCS czyli system naturalnych kolorów Hasselblad. Ja po fotografowaniu modelem 907 X, wiedziałem już, że to nie slogan, tylko próba nazwania bardzo dojrzałej koncepcji leżącej u podstaw pracy z kolorem w fotografii. Ta koncepcja jest tak mocno dopracowana, że nie sposób doszukać się w niej słabych stron. Próbowałem doprowadzić ustawienia w modelu Fujifilm GFX 50 R do takiego poziomu rejestracji kolorów, jaki oferuje Hasselblad i nie byłem w stanie tego osiągnąć. 

Kroplomierz na ekranie aparatu??? Czyż to nie genialne?!

Tak wyprofilowany uchwyt sprawia, że możemy spacerować z aparatem w ręku przez wiele godzin.

W tej koncepcji między innymi cały ciężar realizacyjny postawiono na odzwierciedlenie kolorów w taki sposób, jaki widzą je ludzkie oczy. O dziwo to się udało. Gdzie najbardziej odczujemy zalety takiego systemu? W motywach, które są najtrudniejsze. Krajobraz z dużą ilością zieleni i skóra ludzka. W korpusach Fujifilm odzwierciedlenie skóry ludzkiej uchodzi za wzorowe. W tym systemie osiągnięto jeszcze wierniejsze oddanie niuansów i barwy ludzkiej skóry. Mam wrażenie, że nawet najtrudniejsze motywy z oświetleniem mieszanym przedstawiane są na gotowych zdjęciach w sposób idealny. Jeżeli nie mieliście z tym do czynienia, nie będziecie rozumieć o czym piszę. Niestety należałoby się o tym samemu przekonać. Mnie ten system zachwycił do tego stopnia, że wybaczyłem nawet tej kamerze, że nie oferuje mi podglądu obrazu w czerni i bieli, gdybym tego oczekiwał. Obraz zawsze widzimy kolorowy i taki zostaje on zapisany w pliku RAW. Dopiero otwarcie pliku w programie Lightroom lub w natywnym otrzymywanym za darmo programie Phocus umożliwia dalszą ingerencję w to, znowu trzeba zaznaczyć, bardzo gęste, głębokie tonalnie pliki. To, co odróżnia Hasselblada od Fujifilm z tymi samymi matrycami to szesnasto-bitowa głębia kolorów. Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, ale 14-bitów w kolorze to miliony odcieni ale 16-bitów koloru to tryliony odcieni. 

Różnice w postrzeganiu świata zarejestrowanego na obrazach z tego aparatu są tak ewidentne, że zaczynamy na nowo pojmować znaczenie barw w obrazie. Tak naprawdę dotarło do mnie, że moja niechęć do fotografii barwnej wypływa między innymi stąd, że kolory rejestrowane przez aparat nigdy nie są takimi, jakie widziałem w naturze – i co więcej – często nawet w obróbce nie da się osiągnąć podobnej wierności oddania barw. 

W praktyce kończy się to tak, że nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach i trudnych zestawieniach barw, jak i braku oświetlenia i małym kontraście, otrzymywane przez nas zdjęcia są poprawne pod względem kolorystycznym i mają klimat. Postanowiłem to sprawdzić i z moimi modelami Peace i Filipem udałem się na zdjęcia późnym popołudniem. Tylko przez krótką chwilę mieliśmy światło zachodzącego słońca. Tak naprawdę podczas sesji  oświetleniem było rozświetlone słońcem zza horyzontu niebo, a potem już tylko światło szarej godziny. Uzyskane rezultaty bardzo mnie urzekły. Już podczas sesji wiedziałem, że jest dobrze. Zastosowałem pomiar punktowy na najjaśniejsze interesujące mnie miejsca, aby nie prześwietlić i zachować klimat świata, z którego kolor ucieka w kierunku nocy. Najciekawsze, że obróbka w programie Phocus ograniczała się tylko do dodania winiety do perfekcyjnego obiektywu 90 mm f/3,2 i małych ruchów suwakiem EV, aby zbliżyć się do tego, co widziały moje oczy. Nie zmieniałem kolorów. Wszystkie fotografie prezentowane w tej części, powstały z użyciem tego jednego szkła.

Do zdjęć pozowali – Peace Okuneye i Filip Woźniakowski.

 

Kamera X 1 D II i otwarty program Phocus. Program, który z pewnością omówię niebawem – ponieważ jest jednym z najlepszych programów do obróbki wstępnej plików RAW jaki stworzono.

Po zdjęciach realizowanych Hasselbladami X 1 D II i 907 X na nowo poczułem kolor. To dla mnie potężna rewolucja. Kolor tak naturalny, tak delikatny, tak subtelny i pokazany w taki sposób, że przypominał to, co widziały moje oczy, to dla mnie zupełnie nowa jakość. Przypominam sobie sytuację, kiedy to bawiłem się aparatem, poznając ustawienia. W pokoju panował półmrok rozświetlany tylko ekranem telewizora. Wykonane w takich zupełnie absurdalnych warunkach zdjęcie okazało się zawierać naturalny kolor. Tak zszokował mnie widok gotowego zdjęcia na ekranie, że pobiegłem szybko po Fujifilm GFX 50 R i ustawiając aparat w podobnych ustawieniach,  wykonałem to samo zdjęcie. Niestety efekt był skrajnie różny. To, co zrobił Hasselblad z reprodukcją naturalnych kolorów, jest czymś za co warto odłożyć na ten aparat lub na model 907 X, każdy pieniądz.

Owszem cały przebieg prac jest nieco inny. Musimy mieć większą wyobraźnię, aby kolorowe zdjęcia które uzyskujemy w aparacie wyobrazić sobie w postaci gotowych fotografii np. czarno-białych. Tak naprawdę takie przedstawienie zajęło mi tylko kilka dni. Proces ten nie dotyczył tylko obsługi samego aparatu i wpatrywania się wizjer czy ekran. Ważniejsze okazało się obrabianie w programie Phocus. To tam działa się cała magia obróbki 16-bitowych plików. Gdy zrozumiałem, że tak naprawdę mogę pozwolić sobie prawie na wszystko podczas fotografowania, z wyjątkiem prześwietleń wiedziałem, że mam w ręku doskonały system. Doskonałość systemu polega także na tym, że nawet wysokie czułości charakteryzuje bardzo ładne ziarno. Od dłuższego czasu nie fotografowałem żadnym systemem w taki sposób, aby ustawić automatykę czułości (wyjątkiem była Leica M Monochrom). Zapisana w przycisku pod kciukiem pamięć ekspozycji połączona z pomiarem punktowym światła i automatyką sprawiły, że kierowanie środkowego sektora wizjera na właściwy pod względem ilości światła fragment sceny i zapamiętanie tego ustawienia powodowały, że czułem się jakbym wrócił do czasów fotografowania na diapozytywach. Tyle że tutaj efekt znałem już, patrząc w wizjer…

Wspomniałem parę linijek wyżej, że to naprawdę dopracowany i doskonały system. Tak, nie przesadzam. Ta doskonałość, która bardzo mnie ujęła to poza czystym klarownym menu, poza umieszczeniem w korpusie tylko funkcji, które tak naprawdę wpływają na obraz, to także czysta forma samego korpusu. Doskonałość posunięta jest jednak dalej. Monolit korpusu, który nie jest osłabiony odchylonym ekranem podobnie jak w aparatach Leica, wzbudza zaufanie, a to bardzo ważne w podejściu do profesjonalnego narzędzia. To, co ujmuje jeszcze głębiej to zakres funkcji, które otrzymujemy. Te bardzo głęboko fotograficznie ustawienia sprawiają, że korpus oferuje nam zestaw wspomagający nasze kreowanie obrazu. Ustawień bardzo dobrze przemyślanych, acz wprowadzanych w bardzo prosty sposób najczęściej poprzez dotyk na ekranie. Ta inżynieryjna część konceptu Idzie wszakże znacznie dalej. Wystarczy wspomnieć, że migawka elektroniczna, którą możecie użyć do fotografowania z każdym obiektywem, który poprzez odpowiednią przejściówkę zamocujecie do tego korpusu, może zostać zastąpiona poprzez migawkę mechaniczną. Mamy tu do czynienia z migawką centralną wbudowaną w każdy obiektyw, która działa w zakresie od 68 minut do 1/2000 s. Nie trzeba przypominać, że migawka centralna, umożliwia synchronizację błysku w pełnym zakresie oferowanych czasów. Metalowe obiektywy oferują wysoką jakość optyczną, chociaż są stosunkowo niewielkie. Nie posiadają one pierścienia ustawienia przysłony. Wartość przysłony wprowadzamy z poziomu korpusu. Zależy jaki system wybierzemy, możemy wprowadzać przysłonę poprzez obrót pokrętłem lub poprzez stuknięcie w ekran i wybór odpowiedniej wartości. Możecie wierzyć lub nie, ale ten na wskroś nowoczesny przypominający sterowanie smartfonem sposób, bardzo szybko staje się naszą drugą naturą i niechęć do korpusów nafaszerowanych przyciskami staje się coraz większym dyskomfortem. Zdecydowanie kontakt z tym nowoczesnym aparatem przekonał mnie do zupełnie nowego sposobu fotografowania. Wiedziałem, że z czymś mi się to kojarzy. 

Przypomniałem sobie. Kiedyś, przed laty, kiedy to zrozpaczony ilością czasu, którą musiałem poświęcać na utrzymanie komputera z systemem windows w stanie sprawności, przysiadłem się na komputery Mac. Nagle okazało się, że komputer to narzędzie, które tylko czeka na wypełnienie naszej woli, niczego nie komplikując i zawsze będąc gotowe do działania. Wyniesione z Windowsa przyzwyczajenia do komplikowania, męczenia się ze sterownikami, wgrywania dodatkowych programów nagle okazały się zbędne. Nie inaczej jest z najnowszymi modelami Hasselblada. Przed zdjęciami nie trzeba myśleć o ustawieniach kolorów, preferencjach itd.. Ustawiony aparat po prostu czeka na to, abyśmy go włączyli i przystąpili do zdjęć. Ta cecha tego aparatu powoduje, że nagle zaczynamy skupiać się na fotografii, na samym procesie fotografowania, ale nie na ustawieniach sprzętu. To właśnie ta zupełnie nowa jakość w fotografii, której mogłem doświadczyć, używając korpusów 907 Xi X 1 D II. 

Czy to naprawdę wszystko? Otóż. Nie do końca. Wysoka jakość otrzymywanych fotografii jest na tym samym poziomie jak w aparatach Fujifilm z tą samą matrycą. Aparatach tańszych. Jednak zaimplementowanie systemu naturalnych kolorów i 16-bitowa głębia oraz całość obsługi, mechaniczno– cyfrowy interfejs – sprowadzają fotografowanie tą kamerą na zupełnie nowy poziom. Jeżeli ktoś z Was miał możliwość fotografowania wersją jeden tego modelu, a ja miałem, to z pewnością narzekał na bardzo długi czas włączania i bardzo długi czas zaciemnienia w wizjerze po wykonaniu zdjęcia. Zdarzało się zawieszanie menu i co może najbardziej irytujące miało się wrażenie, że obraz w wizjerze jest mocno umowny. Oczywiście gotowe obrazy były wspaniałe pod względem jakości, jednak sam proces fotografowania pierwszą wersją był mocno uciążliwy. 

Wszystkie te wady zostały wyeliminowane. Aparat działa bardzo szybko, sprawnie, niezawodnie. System autofokus nie jest systemem szybkim. Miałem wrażenie, że nawet system automatycznego nastawiania ostrości w modelu 907 Xbył szybszy niż w tym aparacie. Jednak w zastosowaniach, do jakich kamera średnioformatowa jest stworzona – nie ma to większego znaczenia. Ktoś, kto sięga po tę plastykę, jaką daje mały średni format, nie będzie oczekiwał superszybkiego systemu automatycznego nastawiania ostrości. Tu liczy się jakość fotografii. Aby uzyskiwać ostre obrazy, możemy stosować wystarczająco sprawny system AF. Jeśli nie jesteśmy pewni działania autofokusa, zawsze możemy posiłkować się ręcznym nastawieniem ostrości, które realizowane jest w świetny sposób, bo po dotknięciu pierścienia ostrości na obiektywie, automatycznie w wizjerze pojawia się powiększony fragment obrazu. W tym więc zakresie aparat ten nie odbiega od wszystkich innych zaawansowanych bezlusterkowców. 

Tak naprawdę można by skończyć opisywać jego zalety, ale jest mi trudno, ponieważ podczas pracy z nim wiele razy byłem zaskoczony jakością zaimplementowanych rozwiązań. Wspomnę, chociażby o jednym z nich. Najnowszy upgrade firmware’u dla tej kamery przewiduje między innymi nagrywanie filmów w 2,7K. To jedno, ale nie najważniejsze. Wprowadzono bracketing ostrości realizowany w bardzo zręczny sposób i kolorymetr w postaci kroplomierza… Ta ostatnia funkcja „rozwaliła” mnie zupełnie. Wyobraźcie sobie, że z całym tym doskonałym systemem kolorów wykonujecie fotografię. Oglądacie ją na tylnym ekranie. Jakimś cudem czujecie, że jednak to nie jest to do końca to. Że jakiś kolor nie satysfakcjonuje Was w 100%. Wówczas włączacie kroplomierz, tak jak w programie graficznym, najeżdżacie nim paluszkiem na element, z którego chcielibyście wykonać pomiar, wszystko na tej gotowej fotografii, którą oglądacie na ekranie. Wykonujecie pomiar, zatwierdzacie i macie idealne odzwierciedlenie kolorów bez jakichkolwiek przekłamań. To proste rozwiązanie. Jednak nie spotkałem się z nim w żadnym innym systemie. 

Na zakończenie dodam tylko dwie sprawy. Cały system przemyślany jest bardzo dobrze. Dodatkowe elementy wykonane są równie starannie, jak korpus. Całość ogranicza ilość elementów. Jedna ładowarka, która jest mała, bo jest z nią tylko nieco rozbudowana wtyczka, ładuje aparat poprzez port USB-C. Jedna ładowarka i jeden kabel wystarczą aby utrzymywać aparat przy funkcjonowaniu. Program Phocus mobile działa świetnie na urządzeniach takich jak tablety iPad pro i iPad air 2019 oraz z iPhonami. Program może służyć do przeglądania plików, podglądu ekranu podczas wykonywania zdjęć i po zakończeniu sesji. Pozwala on także na szybką edycję zdjęć już w terenie. To cały przemyślany ekosystem. Na zakończenie warto pokazać, jak wygląda wężyk spustowy do tej konstrukcji. To mistrzostwo w dziedzinie projektowania przemysłowego. Metal, pleciony kabel bardzo mocnej konstrukcji, metalowy taki sam jak na korpusie przycisk spustu. Od spodu metalowej konstrukcji delikatne gumowane powierzchnie uniemożliwiające przesuwanie się po gładkich blatach stołów itp. Doskonałość w każdym calu. Dawno nie fotografowało mi się żadnym aparatem tak przyjemnie. Czasami po prostu tak mamy, używamy czegoś, wydaje nam się, że to jedyna norma, aż nagle ktoś przedstawia nam zupełnie nowe podejście do tego samego. Bardzo szybko przyzwyczajamy się do nowego i stare odchodzi w zapomnienie. Czyż nie tak było ze smartfonami?  

 

Poniżej możecie zobaczyć fotografie wykonane obiektywami 45 mm f/4, 90 mm f/3,2 i 80 mm f/1,9. To fotografie wykonane przy standardowym oświetleniu.