Mamy przyjemność zaprosić na ciekawą rozmowę. Naszym gościem jest Paweł Sadaj – artysta, który oscyluje pomiędzy filmem, grafiką trójwymiarową i fotografią. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Jest uczestnikiem wielu światowych festiwali i wystaw. Laureatem licznych prestiżowych nagród. Wielokrotnie nagradzany, ciągle realizuje nowe projekty. Jego “Hotel Meduza”, który gościł w Galerii 6×7, zyskał wielką popularność i zdaje się coraz mocniej osadzać w świadomości odbiorców sztuki na świecie. Artysta na wskroś interdyscyplinarny wielbiący czystą fotografię, a jednak korzystający często z wyrafinowanych technik cyfrowych. Paweł dzieli się z nami przemyśleniami o swej drodze w fotografii, o tym czym różni się projekt od zdjęcia i jakie środki techniczne są niezbędne do realizacji jego wizji. 

Jak to się dla Ciebie zaczęło? Skąd ta fotografia w Twoim życiu?

W moim życiu wiele spraw, poza tymi kreowanymi na zdjęciach, dzieje się przypadkowo. W fotografii wszystko jest bardzo mocno przemyślane, wręcz zaplanowane. W życiu jednak wiele spraw jest kwestią przypadku. Brat mojej matki, pasjonat fotografii, odkąd miałem 9 lat, pożyczał mi Zenita TTL, którego mam do dzisiaj (w końcu go dostałem). Muszę powiedzieć, że był to jeden z pierwszych takich momentów w moim życiu, w którym, targany ekscytacją nie mogłem spać. Razem z wujkiem siadaliśmy w pokoju przerobionym na ciemnię. Nie pamiętam, czy był tam Magnifax, czy Krokus. Robiliśmy powiększenia. Najpierw zdjęcia, potem wywoływaliśmy negatywy w koreksie, no i powiększenia w ciemni.

Paweł Sadaj – Portret z Zenitem

Gdy pod koniec ósmej klasy szkoły podstawowej przyszedł moment decyzji co dalej – padło na liceum plastyczne. Od zawsze rysowałem, dla wszystkich było oczywiste, jaką drogę powinienem wybrać. Pasja była tak silna, że każda pusta kartka, każda powierzchnia przyciągała jak magnes. Gdy miałem pięć lat, na spodzie drewnianego stołu w jadalni, stworzyłem swoje pierwsze „sklepienie kaplicy sykstyńskiej” – jak śmiali się rodzice. Leżąc na siedziskach krzeseł, rysowałem po drewnie świecowymi kredkami. Stół mam do dzisiaj, ale rysunki niestety się nie zachowały…

SAMSUNG CSC

Idąc do liceum plastycznego, myślałem o rzeźbie, jednak tamtejsi nauczyciele zdecydowali inaczej. Z perspektywy lat wiem, że było to wynikiem ich doświadczenia. Jak się okazało, podjęli celną decyzję, kierując mnie na fotografię. To tam po raz pierwszy zobaczyłem prace Pana Ryszarda Horowitza i znów nie mogłem spać. Już wiedziałem, że to było coś, co będę robić w przyszłości. Gdy zobaczyłem jego pracę z gołębiem, przelatującym przez skręcony tunel, wiedziałem, że to jest to. Już w szkole zacząłem eksperymentować z analogowym montażem, wycinając ze zdjęć elementy, komponowałem z nich inne, większe całości. Bardzo lubiłem miejscowe barwienia czarno-białych zdjęć poprzez lokalne kąpiele barwne. Całe liceum plastyczne spędziłem w ciemni fotograficznej. W szkole miało miejsce traumatyczne dla mnie wydarzenie. Odwiedził nas Pan Ryszard, a mnie wówczas dopadło jakieś straszliwe zapalenie płuc i byłem uwięziony w domu. Tak bardzo żałowałem, że nie mogłem tam być. Może kiedyś będę miał jeszcze okazję i spotkam mojego Mistrza i podziękuję mu za inspiracje.

Kiedy już wiedziałem, dokąd zmierzam, postanowiłem połączyć grafikę z fotografią. Po liceum dostałem się do Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, gdzie rozwinąłem grafikę, ale fotografia zawsze przewijała się w tle. Podczas studiów miałem już przygodę z projektami dla telewizji, która zresztą trwa do dzisiaj. Fotografia była zawsze gdzieś w drugiej linii, ponieważ bardziej wiązałem ją z moją twórczością niż z pracą komercyjną. Nie chciałem tego łączyć.

To ciekawe. Pomiędzy grafiką, a telewizją jest dla mnie właśnie fotografia. Dokładnie pośrodku. To godne podziwu, że dałeś radę tak sobie założyć od początku, że fotografia będzie dla Ciebie tym medium, w którym działać będziesz jako artysta. Niesamowite…

Parę lat temu wydarzyło się coś nieoczekiwanego, co zaważyło na moim podejściu do fotografii. Zawsze, gdy tworzyłem swoje projekty, tworzyłem je dla siebie, gdy były gotowe, lądowały w szufladzie. Nigdy ich nie pokazywałem. Jednak gdy przydarzył mi się wypadek i leżałem przykuty do łóżka, coś się zmieniło. Uważam, że był to świetny moment w moim życiu. W tym codziennym zabieganiu nagle zostałem zastopowany. Na chwilę zostałem sam ze sobą. Mogłem zastanowić się nad tym, co robię i dlaczego. Doszedłem do wniosku, że moich prac jest na tyle dużo, że nie mogę trzymać ich dalej w szufladach.

Zacząłem wysyłać moje zdjęcia na konkursy. Dostałem między innymi odpowiedź z NordArt w Niemczech – jednej z pięciu największych, międzynarodowych wystaw sztuki współczesnej na świecie. Zapraszają mnie do udziału w wystawie, ale jak się okazało, przejrzeli mój dorobek na stronie internetowej i wybrali projekt, zupełnie inny niż ten, który im wysłałem. Wybrali cykl fotografii pt.”Hotel Meduza”, o którym trochę zapomniałem, ponieważ ukończyłem go kilka lat wcześniej. Wydrukowałem go zaraz po ukończeniu i schowałem do wielkiej teczki, którą wcisnąłem za art deco-wską szafę. No i nagle dotarło do mnie, że trzeba będzie to teraz oprawić i wysłać. Nie obeszło się bez trudności, ale przecież problemy są po to, aby je rozwiązywać.

Ile upłynęło czasu od ukończenia studiów i zrobienia dyplomu do tego artystycznego zaistnienia z takim projektem jak Hotel Meduza. Pytam, ponieważ miałeś dyplom z plakatu i grafiki…

… no jeszcze ze scenografii, z intermediów, i z sitodruku…

…aha, no właśnie, a pytam dlatego, że często jest tak, że kogoś targa wewnętrzna chęć tworzenia, ale zagmatwany jest w prozę życia codziennego, zdobywanie zleceń itd. I ciągle nie ma czasu zając się twórczością. To jednak proces dojrzewania do działania. Ile to dojrzewanie trwało u Ciebie?

Kilka lat temu robiłem trochę więcej komercyjnej fotografii, ale się z tego wycofałem. Czułem, że rozdrabniam się, tak jakbym działał na przekór sobie… Oczywiście inaczej jest, jeśli sesja zdjęciowa stanowi część większego komercyjnego projektu, na przykład tworzenia identyfikacji wizualnej dla firmy czy programu telewizyjnego. Zawsze jednak, z tyłu głowy jest ta myśl, że to jest dla klienta i to przede wszystkim on musi być zadowolony, a chciałbym, aby fotografia była dla mnie czymś absolutnie czystym.

Wracając do odpowiedzi na pytanie – równolegle działałem w tworzeniu ruchomej grafiki, robiąc między innymi filmy animowane, oprawy graficzne programów telewizyjnych. Nawet na dyplom w akademii zrobiłem film animowany w technice 3D. Szalone 5 minut, nad którym pracowałem dwa lata. Obecnie zajęłoby mi to pewnie trzy tygodnie, ale stan technologii był wówczas zupełnie inny. Teraz telefon jest kilka razy szybszy niż ówczesny komputer… Otrzymałem za mój film dużo nagród. Dzięki temu dostałem się też do tego komercyjnego świata telewizyjnego.

Dyplom zrobiłem w 2000 roku, ale dopiero w 2018 zdecydowałem się pokazać zawartość mojej szuflady… Tak zaczęła się nowa, wielka przygoda.

No właśnie do tego zmierzałem. 18 lat minęło od czasu ukończenia studiów do ukonstytuowania się Ciebie jako artysty. W międzyczasie działałeś sobie komercyjnie, a to dojrzewało.

Dla mnie trochę to niesamowite i dobrze świadczy o tym projekcie. Ja zobaczyłem go w Galerii 6×7 na Mysiej w roku 2020 i myślałem, że to projekt świeży. On jest ze swoją tematyką – zawsze „na czasie”. Bardzo dobrze świadczy to o tych pracach, że przez te kilka lat w ogóle nie straciły na aktualności.

Koncepcja „Hotelu Meduza” urodziła się w 2009 roku, zdjęcia powstały w 2010, a postprodukcję skończyłem w 2012.

Ten cykl fotografii jest swoistego rodzaju pajęczą siecią. Mnóstwo rzeczy wynika z innych. Wszystko jest połączone. Zależało mi na tym, aby stworzyć spójną i wymowną całość. Chciałem pokazać cykliczny upadek idei w historii ludzkości. Historii, która powraca, która wiecznie się powtarza i której nie potrafimy zmienić, wydobyć się z niej jak z sieci. Pomyślałem, że może dzięki temu projektowi chociaż trochę pokazać oglądającym, że tak to się dzieje. Chciałem stworzyć kamyczek, który wprawiony w ruch w dłuższej perspektywie może poruszy lawinę.

Paweł Sadaj – Fotografia z cyklu “Hotel Meduza”

Paweł Sadaj – Fotografia z cyklu “Hotel Meduza”

Bardzo ucieszyłem się, gdy przyszło zaproszenie z NordArt, poza oczywistym, wielkim prestiżem i wyróżnieniem, na tej wystawie co roku przewija się ponad 100 000 ludzi, ludzi, którzy tym razem zobaczą również i mój projekt.

Ty jednak nie wybrałeś Meduzy jako pracy do wysłania. Czy to znaczy, że miałeś w tamtym czasie projekty bardziej znaczące dla siebie?

Zawsze najistotniejszy dla mnie jest projekt, który właśnie realizuję. Ważne jest to, co jest teraz i to, co wydarzy się za chwilę. Jeżeli coś jest zrobione, już staje się już odkrytym, a przez to może troszkę mniej atrakcyjnym. Stąd ta długoletnia szuflada. (uśmiech)

Obecnie jednym z najważniejszych moich projektów jest cykl fotografii – „60 krów”. Tytułowe zdjęcie dostało się w tym roku do Londynu na prestiżowy konkurs i wystawę interdyscyplinarną Sunny Art Prize. Temat tej pracy jest aktualnie bardzo istotny. Chcę pokazać, kim staliśmy się, my ludzie w kontekście traktowania zwierząt.

Paweł Sadaj – Fotografia tytułowa cyklu “60 krów”

Cały projekt, jak i tytułowe zdjęcie „60 krów”, opowiada o tym, jak bardzo jesteśmy konsumpcyjni i jak bardzo zatracamy samych siebie poprzez uprzedmiotawianie zwierząt, brak szacunku dla ich życia. Jest to chyba mój pierwszy projekt, który jest tylko fotografią. Postanowiłem, że nie będzie tu żadnej post-produkcji poza retuszem. Żadnych dodatków. Jednocześnie jest to też pierwszy mój projekt, w którym wykorzystane będzie całe spektrum fotografii, w tym zdjęcia tradycyjne, lotnicze oraz makro.

Czyli muszki, które są na fotografii z tego projektu, nie są wmanipulowane w ten kadr cyfrowo, tylko naprawdę się tam znajdowały…

Tak, chociaż przypisywano mi już, że jest to wygenerowana przeze mnie sytuacja…

Znając Twoją przeszłość i to, co robisz na co dzień – zupełnie się takiej postawie nie dziwię…

Ponad rok czasu, w każdej wolnej chwili jeździłem za krowami. Było to bardzo przyjemne. W pewnym momencie dostrzegłem, że krowy robią miny, mają swoje charaktery, okazują emocje, są niesamowicie ciekawskie. Był taki zaskakujący moment podczas realizacji tego projektu. Robiąc film, chciałem przelecieć dronem nad stadem krów. Wracając z Borów Tucholskich, zauważyliśmy z żoną, duże stado, a dzisiaj to wcale nie jest taki częsty widok. Oczywiście zapytałem właściciela o pozwolenie, zapewniając, że raczej zwierzęta nie reagują specjalnie na drony. Tym razem jednak było inaczej. Młoda jałówka wystraszyła się i pognała przed siebie, a zaraz za nią całe stado. Wszystkie krowy uciekły na pole gdzie po żniwach stały baloty ze słomą i sianem i… Muszę to przyznać, była to jedna z najpiękniejszych scen, jakie widziałem w życiu. Zacząłem wraz z gospodarzem zaganiać krowy na pastwisko, ale w międzyczasie widziałem, jak one się zachowują, jako wolne zwierzęta. Zostało mi to w głowie, bo akurat nie miałem aparatu pod ręką. Widziałem, jak krowy wypadły na pole, tarzały się i skakały po ściernisku, uderzały rogami, rozrywając baloty.

Czyli bawiły się po prostu…

Tak. Były tak szczęśliwe! To było widać. Skakały, podbiegały do siebie. Muczały radośnie. Były na wolności. Widziałem, jak młody cielak skakał po pastwisku i wierzgał radośnie, a matka za nim. Widziałem czystą, niepohamowaną radość.

Zestawienie tej radości z historią, o której mówi mój projekt – historią stada krów, które w ciągu jednego dnia zostało zutylizowane, było niezwykle poruszające i uzmysłowiło mi ogrom przemysłu masowej śmierci. Nie jestem wegetarianinem, ale uważam, że można i trzeba prowadzić zrównoważony tryb życia. Nasi dziadkowie i rodzice jedli mięso raz, może czasem dwa razy w tygodniu, ale nie codziennie. Dziś często każdy posiłek składa się z mięsa. Nie potrzebujemy tyle, aby żyć.

Dlaczego „60 krów”?

To historia prawdziwego stada 60 krów. W Borach Tucholskich bardzo często chodzę na wschody słońca. Widywałem na łące stado. Duże, widok 60 tak okazałych zwierząt jest naprawdę imponujący. W tym czasie nie było to nic niezwykłego, ponieważ we wsi, w której miało to miejsce od zawsze, mówiło się, że jest tam więcej krów niż ludzi. To się zmieniło, ale wtedy był to czas, gdy krowy dopiero zaczynały znikać z pól. Także to „moje” stado zniknęło. Dowiedziałem się wówczas od gospodarza, że je sprzedał do rzeźni. To był moment, w którym zadecydowałem, że zrobię ten projekt, projekt o losie zwierząt, który im zgotowaliśmy. Postanowiłem, że nie będę się spieszył, będę zagłębiał się w każdy temat i celebrował każdy moment wykonywania zdjęcia.

Fotografia umożliwia zatrzymanie czasu. Samo naciśnięcie guzika jest jakby magicznym momentem. To jest jedyna chwila, w której tak naprawdę panujemy nad czasem. W zdjęciu „60 krów” uchwyciłem taki właśnie moment – do podgardla krowy zbliżają się muchy, stając się tym samych symbolem nadchodzącego zagrożenia.

No właśnie. Mamy więc tę ważną chwilę i teraz jak to jest z dalszym przekazem. Jak to się dzieje, że ta Twoja idea będzie przemycona do tych ludzi, którzy zobaczą obraz? Widzowie na początku widzą warstwę wizualną, a dopiero po chwili wczytują się w tabliczkę pod pracą. Czy na to, że dany obraz nabierze wartości, pracuje całe Twoje wcześniejsze portfolio?

To jest bardzo przemyślane. We wszystkich moich pracach ważny jest element atrakcyjności wizualnej. Wszystko po to, aby mocniej zadziałać na widza. Jeżeli od razu powiem, że stado 60 krów zniknęło w ciągu chwili, to jest nic… Ludzie nie chcą o tym słyszeć. Uciekają od takich tematów. Kto by chciał słuchać o tak strasznych rzeczach. Wszyscy chcą mieć porządek w domu, spokój, dobry film do obejrzenia i zasłużony odpoczynek. Tak wygląda nasze życie. A w moim odczuciu sztuka ma wywoływać zmiany, ma wybijać ludzi z tego rytmu. Jeżeli widza od razu przestraszę, to nie osiągnę zamierzonego efektu, po prostu odwróci wzrok. Uciekanie od problemów jest instynktowne. Chodzi o to, aby zaintrygować, zachęcić do podejścia. Jeżeli się to uda, widz przeczyta, a potem poniesie historię dalej. Są one (te historie) ciekawą kanwą do wymiany myśli, stają się kotwicami, których już nie możemy wyrzucić z głowy. Idąc po pracy, do apteki po tran z rekina, nie myślimy o tym, że temu gatunkowi może grozić wyginięcie. Kiedyś zrobiłem taki projekt „Ostatni humbak”. Dziewczynka stoi, a w ręku trzyma balon, który jest humbakiem. Czy w naszej codzienności myślimy o tym, że za chwilę nie będzie już wielorybów, zaraz potem jeży czy motyli ?

Paweł Sadaj – Fotografia “Ostatni humbak”

Na Twojej stronie możemy zobaczyć także projekt „100 koni”. Opowiedz nam o nim.

Zacznę od tego, że zwykle konie nie mają emerytury. W chwili, gdy już nie mogą kontynuować swojej pracy, trafiają do rzeźni. Czy wiesz o tym, że klacz, która jest w ostatnich miesiącach ciąży, w rzeźni warta będzie więcej dlatego, że jest cięższa… Czy wiedziałeś, że w Polsce są tysięczne hodowle koni na mięso, chociaż my ich nie jemy… Jedzą je chętnie Francuzi, Włosi i Belgowie. Konie wysyłane są „pociągami śmierci”, w których jadą kilkadziesiąt godzin, bez zabezpieczenia i odpoczynku… Często podczas transportu łamią nogi i cierpią tylko po to, aby mięso dojechało do klienta świeże, a nie mrożone. Koń ze złamaną nogą cierpi bardziej niż człowiek. Mówi się, że koń ma pięć serc, ponieważ w kopytach ma żyły, które działają jak serce, transportując krew do nóg przy każdym ruchu… To są apokaliptyczne obrazy. Wiedziałem, że w takim projekcie jak „100 koni” nie mogę pokazać, tak brutalnych scen, ponieważ nikt tych obrazów nie będzie chciał oglądać. Jeżeli jednak pokażę liryczną i intrygującą formę, być może zainteresuje widza, co przedstawia zdjęcie i dlaczego, o tym opowiadam.

Paweł Sadaj – Fotografia “100 koni” z cyklu “60 krów”

Jest takie miejsce pod Warszawą – schronisko dla koni – Pegasus, gdzie zwierzęta te mają godną emeryturę. Ludzie, którzy tam pracują, są bohaterami – ratują zwierzęta, nie patrząc na nic. W mojej obecności przywieziono im umierającą klacz, którą ktoś wyrzucił do rowu. Przeleżała tam kilka dni. Próbowali ją uratować, ale nie udało się. Potem okazało się, że miała źrebię i że wyrzuconą ja z tym źrebięciem. Miejscowy rolnik złapał malucha i już szykował do rzeźni. Uratowano tego konika. Nazywa się Staś, jest cudowny! Zdjęcie powstało bardzo szybko, ponieważ wiedziałem, co ma przedstawiać i udało mi się to zrobić już podczas drugiej wizyty. Pomimo tego wracam tam, kiedy tylko mogę. Tytuł „100 koni” nawiązuje do liczby koni będących pod opieką tego schroniska.

Co robisz obecnie?

Mam trzy projekty. Realizuję kolejne koncepcje do cyklu „60 krów”. Przygotowuję także projekt, scalający fotografie, które po prostu lubię, a nie weszły w skład żadnego dotychczasowego cyklu. Chcę je pokazać, ponieważ dały mi radość. Radość wynikającą z chwili robienia zdjęcia. Pomysł ten powstał w wyniku pandemii. Spostrzegłem, jak wiele wokół nas jest smutku i depresji, jak wielu ludzi źle znosi tę sytuację, w której obecnie jesteśmy. Chciałbym więc podzielić się dobrymi chwilami, pokazać coś radosnego. Jest tam między innymi krowa, główna bohaterka z „60 krów”. Jest też wschód słońca z dnia, w którym ten projekt rozpocząłem. Cykl ten chciałbym opublikować na początku roku.

Trzeci projekt to kolejny krok milowy, realizowany z podobnym rozmachem jak „Hotel Meduza”.

Widzę, że skrywasz go głęboko – i to dobrze – nazwę go roboczo – Twoim Tajnym Projektem.

Dobra nazwa. Ten Tajny Projekt ujrzy światło dzienne dopiero pod koniec przyszłego roku. Scenariusz jest już gotowy. Scenografie właśnie się wyłaniają. Będzie w tym projekcie bardzo dużo historii sztuki, ale rozumianej jako farby, środki wyrazu – symbole, ikoniczne elementy, które budują historię. Dodam, że jeśli w „Hotelu Meduza” miałem jedną scenografię, to tu tych scenografii będzie co najmniej kilka. Mając do dyspozycji najnowszą technologię, mogę pozwolić sobie, na więcej niż poprzednio. Myślę, że może już w październiku ten projekt przestanie być tajny…

Z rozmów z Tobą wyciągnąłem bardzo fajną myśl – powiedz mi, co o tym myślisz i ile w tym racji, bo to taki wniosek, który mi się nasunął po Twoich opowieściach – masz przy sobie osobę, żonę, która wspiera Cię bardzo mocno w Twoich działaniach, i która Twoje – to mówię w grubym cudzysłowie „wariactwo”, wspiera. Będąc skupionym na projektach, potrzebujesz takiego wsparcia – a jeśli tak jak opowiadałeś mi w jednej z wcześniejszych rozmów, zachęca Cię do tego, aby nie kupować jeszcze nowego samochodu, ale zakupić Hasselblada do najnowszego projektu no to… Masz szczęście?!

Masz rację. Muszę powiedzieć, że jestem szczęściarzem. Moja żona jest wielkim fanem tego, co robię. Jest też tego częścią. Jestem wręcz przekonany, że gdyby nie nasze dyskusje to te projekty by tak nie wyglądały. Cykl „60 krów” to w dużym stopniu zasługa mojej żony. Ona nie pozwala mi odpuszczać, przechodzić bez słowa. Gdy mam trudniejsze chwile to Ona stoi obok jak strażnik – Paweł, ładne światło jest, może pojechalibyśmy krowy robić? Chodź, pojedziemy krowy fotografować! No i… jedziemy. Jak stwierdziłem, że projekt jest zamknięty, że mam to zdjęcie, Ona z żalem powiedziała – To jak? Nie będziemy już jeździć do krów? 

Moja żona miała bardzo duży wkład w „Hotel Meduza”. Przygotowywaliśmy razem kostiumy. Przez ostatnie pół roku trwania tego projektu – Renata – tak ma na imię moja żona – prosiła mnie o jpegi i powiększała je na swoim laptopie w skali 1:1 i zaznaczała, co jest do poprawy. Pliki miały wielkość 185 na 94 cm, więc musiała oglądać je we fragmentach. Ostatnie szlify trwały około 3 miesięcy, bo była bardzo skrupulatna. 

Jesteś szczęściarzem i masz przy swoim boku Skarb. Zdecydowanie!

Wysyła mi link do jakiegoś konkursu i mówi – Paweł, może ten konkurs – co? To fajny konkurs – w finale dużo publiczności będzie… Generalnie na to, co robię, Renata ma duży wpływ.

Potwierdzam historię z Hasselbladem. Komfort takiej możliwości jest bezcenny. Naprawdę jestem szczęściarzem. Zamęczam ją kolejnymi historiami i tematami, a ona zawsze jest gotowa do dyskusji i pomocy.

 Twoje projekty bywają bardzo skomplikowane i pomoc kogoś życzliwego, który doradzi z boku, może okazać się nieoceniona.

Tak. Jest wiatrem, który dmie w żagiel, gdy czasem brakuje pary (uśmiech). Pracując nad scenografią do Hotelu Meduza, chciałem wyszukać odpowiednie miejsce pałacowe. To było bardzo trudne, W tym celu musiałbym pojechać do Paryża i tam szukać scenerii. Bez wsparcia sponsorów byłoby to bardzo trudne do zrealizowania. Nawet gdyby się tacy wówczas znaleźli – zapewne nie dostałbym pozwolenia na fotografowanie we wnętrzach, na których by mi zależało. Takim miejscem wymarzonym była Sala Króla w pałacu Bourbonów. Podczas dyskusji, Renata zaproponowała „może 3D?”. Eureka!

Właśnie o to chciałem Cię zapytać, zwłaszcza po tym, jak wspomniałeś o cyfrowym wykreowaniu tego wnętrza, które mi nie pasowało podczas oglądania wystawy, było bowiem zbyt trudne do oświetlenia w taki sposób, jak to jest w Hotelu Meduza. Może technicznie i logistycznie możliwe do uzyskania, ale bardzo trudne i na pewno nie tak idealne. No więc jak – czy to odtworzona Sala Króla?

Gdy zdecydowałem się na scenografię 3D, Sala Króla stała się początkiem, swoistym punktem wyjścia do rozważań na temat przestrzeni, którą chciałem stworzyć. Z jednej strony bardzo neoklasyczna, z drugiej strony pełna elementów symbolicznych, dopowiadających historię. Nie mogłem i nie chciałem już korzystać z gotowych rozwiązań. W tym wypadku byłoby to zbyt odtwórcze…

No i zbyt proste! Skoro możesz sobie pozwolić na wszystko, to po co się ograniczać?

Takiej pokusie wykreowania wszystkiego komputerowo można łatwo ulec. Zdarzyła mi się taka historia podczas pracy nad cyklem „Wundermann” – w „1722” portrecie Karola Wielkiego. Nie wiedziałem, jak ma wyglądać miecz. Wiedziałem, że musi być średniowieczny. Chciałem zrobić  atrapę z drewna, a potem zamienić w post-produkcji na moją własną wersję w 3D, nie koniecznie odpowiednią dla tego okresu. Pomógł przypadek. Na urodzinach kolegi rozmawiałem z nowo poznanym człowiekiem, i podczas naszej konwersacji opowiedziałem mu o moich poszukiwaniach.  Miecz,  średniowieczny, najlepiej z VIII-XII wieku. Jestem w kropce, muszę znaleźć jakieś wzory… A on mówi – Wolałbyś fechtunkowy czy taki bardziej paradny? – Bardziej fechtunkowy – mówię zdziwiony – a On mi na to – A chcesz, krótki czy długi? ….- długi – odparłem… – Dobra – masz tu mój numer telefonu, jak chcesz, to Ci pożyczę do zdjęć. Okazało się, że jest jednym z niewielu specjalistów od renowacji białej broni w Polsce! To jest historia! Udało się uniknąć kreowania od podstaw.

Paweł Sadaj – Fotografia “1722”z cyklu “Wundermann”

Jest to też znak, pokazujący, że jesteś na właściwej drodze w tym projekcie… Jeżeli podczas realizacji projektu pojawia się taki zbieg okoliczności, to znaczy, że jesteś na właściwych torach.

Powiedz mi, jak godzisz w swoim życiu tę część egzystencjalną, ze sztuką? Z jednej strony trzeba zarabiać, z drugiej trzeba tworzyć.

To jest bardzo naturalne. Życie artystyczne i życie komercyjne to dwa różne pokoje. Nie mogę być w nich jednocześnie. Zamykam jeden i przechodzę do drugiego. Zarówno w jednym, jak i w drugim świetnie się czuję. Jeżeli miałbym wybrać jeden, to oczywiście wybrałbym ten związany ze sztuką, ale lubię obydwie te przestrzenie. Oba światy łączy moje zainteresowanie teorią widzenia. Ma ona wpływ na to, co zobaczymy i jak odbieramy obrazy. Najważniejszy jest odbiorca, osoba, która będzie te prace oglądała. Już nie tylko proces tworzenia, który sam w sobie jest bardzo atrakcyjny, ale właśnie możliwość budowania odbioru i jego skuteczność, jest bardzo ważna w obu tych światach.

Bardzo ładna jest ta metafora o dwóch pokojach… Świetne! Jako człowiek głęboko siedzący, chociażby z racji wykształcenia w tej materialnej stronie sztuki polegającej na doborze środków technicznych, papierów, technik itd. Powiedz mi, jak zabierasz się za ten końcowy fragment pracy – wydruk?

Opowiem to na przykładzie „Hotelu Meduza”. Proces produkcyjny wyglądał następująco. Każde zdjęcie robione było analogową Mamiyą RZ67 i cyfrowym Canonem 5D mkt II, a to dlatego, że środek bardzo często brałem z analoga, a brzegi z cyfry. Tak, aby maksymalnie wzbogacić światłocień. Bardzo mi zależało, aby całość była jeszcze bardziej malarska. Gdy podjąłem decyzję o drukowaniu w technologii Epsona, wiedziałem, że będę musiał malować cyfrowo detale i fragmenty. Kupiłem specjalnie drukarkę, pracującą w tej samej technologii jak maszyna do wydruków finalnych. Wybrałem papier Hahnemuhle PhotoRag 308. Ten papier nie jest płaski, ma swój szlachetny kolor, lekko ecru. W momencie, kiedy się na nim drukuje zdjęcie, to stanowi ono z papierem jedną całość. Ma niepowtarzalną fakturę, która powoduje, że tylko ten papier i żaden inny. No i właśnie. Kupiłem dużo tego papieru, aby drukować fragmenty Meduzy i patrzeć czy jakość połączeń i jakość zestawienia kolorów jest już odpowiednia. Wszystko sprawdzałem na wydrukach. Malowałem fragmenty na tablecie graficznym. Wszystko po to, aby z większej odległości oglądającemu tliło się pytanie, czy to jest obraz, czy fotografia?

Paweł Sadaj – Fotografia z cyklu “Hotel Meduza” – fragment

Widzisz. Ja na wystawach uwielbiam to, że mogę zobaczyć dzieło z bardzo bliska – jeśli są ku temu możliwości. Lubię podziwiać fakturę papieru i zauważyłem, przyglądając się tym fotografiom z bliska, takie miejsca, które ewidentnie nie wyglądały na wydruk. Były to skrajne fragmenty postaci, sylwetka, brzeg włosów – widziałem bardziej pociągnięcie pędzla niż bezduszny wydruk… No dobrze. Idźmy dalej. Mówisz, że tło jest cyfrowo wygenerowane. Postaci zmontowane cyfrowo i analogowo w jedną całość, a co z meblami. Interakcja postaci z meblem, na przykład krzesłem jest jednak bardzo wyraźna…

Aby osiągnąć taki sposób doskonałości połączenia aktora z rekwizytem, zwłaszcza jak w nim zasiada w naturalnej pozie, trzeba mieć przynajmniej zbliżony przedmiot już na zdjęciach. Tu rodzi się decyzja czy stworzyć go w 3D, i będzie idealny, czy postawić na istniejący w rzeczywistości i zgodzić się na pewien kompromis. Postanowiłem, że znajdę takie krzesło. Musiało jednak pasować do całości i mieć odpowiednie proporcje – neoklasyczne. O dziwo, znalazłem je w Internecie, trzy dni przed zdjęciami. Zabawna sytuacja – jedziemy po nie ponad 100 km. Duża, pusta hala za Łodzią. Na środku, na tymże krześle siedzi starszy Pan, bardzo wymęczony i wychudzony przez alkohol. W dłoni trzyma bardzo cienki i bardzo długi nóż…

Z takim ostrzem, wydłużonym przez wiele lat ostrzenia!?

Tak! W pierwszej chwili chciałem się wycofać, ale scena jak z filmu… A on do nas – Z Warszawy? My – No tak, z Warszawy. – Pilnowałem – Kazali pilnować, to pilnowałem. Możecie zabierać.- I tak pałacowe krzesło trafiło na zdjęcia. Było bardzo zniszczone, posłużyło za wzór do tego, które powstało komputerowo. Identyczne. Mogłem je zamienić cyfrowo ze zniszczonego na piękne, odrestaurowane.

Czyli aktorzy siadali na zniszczonym a Ty zamieniałeś je w obróbce na to nowe czyli interakcja z meblem była prawdziwa. Takie umiejętności trójwymiarowe są godne podziwu! To zdanie sprzed chwili, że w trójwymiarze jesteś wstanie wygenerować wszystko, a w realu musisz iść na kompromisy jest znaczące dla tego procesu.

Tak. Sam czasami się dziwię. Zrobiłem taki obraz – „Trzy gracje”. To idealny przykład na pokazanie tej walki rzeczywistości z tym, co możemy stworzyć wirtualnie. Przedstawiona sytuacja wydarzyła się naprawdę. Byłem w Chorwacji, nurkowałem bez sprzętu. Od dziecka gram na harmonijce ustnej, mam dzięki temu większą pojemność płuc i długo mogę wstrzymywać powietrze pod wodą. Wówczas było tak pięknie, że chciałem jeszcze chwilę, tak ponad miarę zostać na dnie. Gdy organizm zasygnalizował potrzebę gwałtownego wynurzenia, byłem na 6-7 metrach. Odbiłem się od dna i… Zauważyłem nad sobą trzy nagie, okrąglutkie Panie wesoło pląsające w wodzie. Było już za późno, aby chociaż trochę zmienić kierunek. Wynurzyłem się pośród nich. Powiedziałem tylko I’m sorry! One tak się ucieszyły, tak serdecznie zaczęły się śmiać, że chyba to moje wynurzenie stało się elementem jakiejś większej układanki. To natchnęło mnie do myślenia o tym, czy umiemy naprawdę odpoczywać? Ile razy widzimy wakacyjne zdjęcia, na których ludzie pozują do zdjęć. Oni nadal są w pracy. Wykonują zadanie dokumentowania wypoczynku i natychmiastowego publikowania go w social mediach.

Paweł Sadaj – Fotografia “3 Gracje”

Moje Gracje nic nie dokumentowały. To była czysta forma. Chciałem tę sytuację odtworzyć. Fotografowałem ludzi pod wodą, aby znaleźć oświetlenie, jakie zapamiętałem. Nie udawało się. Może przezierność wody? Może światło śródziemnomorskie? Nic nie wychodziło. Dopiero jak zdecydowałem, że zrobię to w 3D, okazało się, że to jest to. Ten obraz jest grafiką, a nie fotografią. Nie przeszkodziło jednak to tej pracy uzyskać nominacji w konkursie fotografii Color Awards 2019 w Los Angeles. W Wenecji na Arte Laguna ta praca przeszła do drugiego etapu, mimo że zgłosiłem ją w kategorii grafika, a kilka innych zdjęć jako fotografia. Napisali do mnie maila, że chyba się pomyliłem i zgłoszenie powinno być tylko w fotografii. Odpowiedziałem, że nie, no i chyba niepotrzebnie, bo nie dostałem się już do finałowej wystawy.

Muszę Cię o to zapytać. Kilkadziesiąt razy w ciągu naszej rozmowy padło z Twoich ust słowo „projekt”. Jak to jest z tym u Ciebie? Wydaje mi się, że inaczej mówisz o tym, że fotografia powstała a nad projektem pracowałeś. Inny kaliber…

Projekt składa się z wielu elementów. Jest to proces, w którym fotografia jest jego finalnym efektem. Przykładem może być hipoteza czasu fantomowego przytoczona w zdjęciu „1722”. Projekt rozpocząłem od gromadzenia informacji na temat samej teorii, jak i faktów historycznych związanych z postacią Karola Wielkiego.Zgodnie z tą teorią władca ten nigdy nie istniał, ponieważ czas od VII do X wieku został zmyślony, a kalendarz nadpisany – stąd tytuł „1722” czyli odpowiednio 2019 (rok powstania zdjęcia). Przykładowo, gdy w 2010 roku otwarto jego grobowiec, znaleziono w nim szkielet mężczyzny, który miał 184 cm wzrostu. Musiał być więc w tamtych czasach olbrzymem. Powinno mieć to odniesienie w kronikach.

Nie zadaję sobie pytania – czy to prawda, czy nie? Pytam, czy możemy być pewni czegokolwiek, jeśli niepewna jest Nasza historia i jej datowanie? Wszystko może być jedną, wielką manipulacją, ale może nią nie jest? Nie powinniśmy przyjmować bezkrytycznie tego, co słyszymy lub o czym czytamy.

A może Wielki, bo nie „wielki” z powodu tego, czego dokonał tylko z powodu najbardziej prymitywnego, że był wysoki?

Może, ale najważniejsze jest to, że nie możemy być niczego pewni.

Pozwól, że wspomnę o innej mojej pracy ”Ecce Homo” – właśnie przyszedł dyplom konkursu Color Awards 2020, gdzie zdjęcie to dostało nominację.

Paweł Sadaj – Fotografia “Ecce-Homo”  z cyklu “Wundermann”

Gratuluje. Pięknie się słucha, że robisz coś, działasz i to znajduje uznanie na świecie!

Parę lat temu zrobiono model trójwymiarowy postaci Chrystusa na podstawie całunu turyńskiego. Człowiek ten miał 186 cm wzrostu. Był więc zadziwiająco wysoki, jak na początek naszej ery. Inną bardzo ciekawą rzeczą jest podpis na całunie: Giotto 15… Analizując takie informacje, tworzę właśnie swoje projekty.

Realizując natomiast „Fly Apollo!” – wykonałem specyficzną pracę. Przedstawia ona Armstronga i Aldrina, którzy patrzą się na siebie i pozdrawiają się. Na hełmie Armstronga siedzi mucha. No i ciekawa historia za tym stoi. Chciałem zrobić kolaż, korzystając ze zdjęć NASA. Okazały się być, jednak nie najlepszej jakości. Postanowiłem więc stworzyć wszystko w 3D. Jest tam też i fotografia, ponieważ cała powierzchnia księżyca to zdjęcie mąki. Postacie wygenerowane zostały cyfrowo. Program do 3D, na którym pracuję symulować może określone oświetlenie. Robi to na tyle dobrze, że planując światło do sesji na komputerze, otrzymuję dokładnie to samo w studiu fotograficznym. Odtworzyłem więc światło lądownika, promienie słońca odbite od powierzchni księżyca, od podłoża itd. Okazało się, że wyszło mi zupełnie co innego, niż na zdjęciach NASA. Zdziwiłem się bardzo. Przez trzy dni szukałem błędu. W bezsilności postanowiłem stworzyć w programie światło studyjne. Zadałem sobie pytanie – Jak ja oświetliłbym to w studiu. Zmieniłem oświetlenie i… Udało się uzyskać bardzo zbliżony efekt, jak na zdjęciach NASA… Wniosek jest jeden. Nie wiem, czy lądowanie na księżycu miało miejsce, ale fotografie zrobiono na pewno w studiu, a nie na księżycu. „Fly Apollo!” znalazł się w finale konkursu Galerii Leica 6×7 „Czy orzeł wylądował?”.

Paweł Sadaj – Fotografia “Fly Apollo!” z cyklu “Wundermann”

Tu otwierasz inną perspektywę, pokazując, jak głęboko można ingerować w fotografię. Od razu znajduję odpowiedź na to, że pracujesz na systemie Windows, a nie na Macu, co myślałem, że do prac graficznych jest rozwiązaniem najlepszym. Chodzi zapewne o oprogramowanie 3D?

Obecnie Mac ma możliwości w 3D, porównywalne do pecetów. Był okres taki, że jeśli chciało się robić 3D, to musiało się pracować na Windows i Apple zostawić daleko za sobą. Tymczasem trzeba bardzo wyraźnie stwierdzić, że komputery PC dzielą się na dwie różne części. Składaki – tych absolutnie nie polecam, i stacje robocze. Składaki to nie najlepszy sprzęt do profesjonalnej pracy. Trzeba mieć dużo samozaparcia, żeby na tym coś zrobić. Jeśli chodzi o stacje robocze, to jest tak samo, jak z Apple, ten sprzęt jest zaprojektowany od podstaw… Jeżeli miałbym mieć Apple o takiej mocy obliczeniowej, jak mam teraz w stacji roboczej, to musiałbym zapłacić trzy razy tyle, a za trzy razy tyle to już nie musiałbym czekać na obliczenia. Ważne jest także, jakiego używa się monitora. Bez profesjonalnego wyświetlacza praca zaawansowana nie ma sensu…

Niestety wielu z tworzących obraz tego nie wie lub nie rozumie. Podobnie jest z pozostałym sprzętem potrzebnym do kreacji.

Spacer z aparatem przez Bory Tucholskie i fotografowanie wschodu słońca czy dzikich zwierząt nie wymuszają na mnie konkretnego sprzętu. Mogę mieć cokolwiek. Czasami wydaje mi się, że gdybym miał obiektyw 400 czy 500 mm to do fotografii zwierząt byłoby lepiej. Często pomagam sobie dronem, którego o dziwo zwierzęta się nie boją. To są jednak zdjęcia dla mnie.

Fotografuję na co dzień Canonem EOS 5D mkt IV. Korpus ten jest wielozadaniowy, dając możliwość wykonania nie tylko wysokiej jakości zdjęć, ale i świetnych timelapsów czy materiałów filmowych.

Czasami jednak trzeba sięgać po bardzo specjalistyczne rozwiązania. Podczas robienia projektu dobieram konkretne narzędzia do konkretnych zadań. Warto szukać na rynku. Technologia w zdjęciach jest szalenie ważna.

Zostawmy sprawy sprzętu i powiedz mi, skąd czerpiesz siły do swej aktywności? Skąd inspiracje?

Ciekawość tego, co jest za następnym rogiem, gna mnie do przodu, nie muszę szukać dodatkowych bodźców i sił. Mam często wrażenie, że to projekt opowiada mi swoją historię, a ja jestem tylko widzem. Czasami zaczyna się niewinnie, a potem rozwija w coś większego.

Paweł Sadaj – “Hotel Meduza” na NordArt

Czy tak było z Wundermanem?

Tak. Zadzwonił do mnie Tato i mówi: – Paweł mam fajną historię, może Ci się spodoba? Był taki hrabia Saint Germain… No i wpadłem. Zaczynam czytać, zgłębiać, przy okazji przypominają mi się różne fakty… Wszystko składa się w jedną całość. W twórczości są dwie zasadnicze drogi albo emocjonalna, albo konceptualna.

Staram się nie tworzyć pod wpływem emocji. Jeżeli robię coś emocjonalnie to bardzo często, finalnie nie jestem z tego zadowolony. Takie prace lądują na dnie tej dużej szuflady. Chciałbym, aby moje wypowiedzi były bardzo celne, przemyślane. Emocje temu nie sprzyjają. Muszę „przerobić” to w sobie. Chciałbym wierzyć, że projekty, które są bardziej przemyślane – mogą być dłużej aktualne.

To bardzo ważne co mówisz. Bo jeśli projekt jest przemyślany, to składa się z wielu warstw, które możemy powoli dla siebie odkrywać. Całość jest głęboka. To oczywiście przeciwieństwo tego stereotypu, jakim jest artysta tworzący w szale, targany emocjami. Wiemy jednak, że w przeszłości taki schemat się sprawdził. Leonardo da Vinci ukrywał w swoich pracach wiele znaczeń. Przemycał głębsze idee. Taka głębsza praca – przepraszam, projekt zawsze będzie lepszy, bo w próbie analizy nie natkniemy się na miałkość i pustkę tylko kolejne warstwy. Tak jest w Meduzie.

Zaskoczyło mnie, że taki projekt jak Meduza, może być interesujący nawet dla bardzo młodych ludzi. Okazało się, że obecnie bardzo popularne są gry, w których tropi się znaczenie, przeprowadza śledztwa, szuka śladów, gdzie każdy szczegół jest ważny. Podczas wystawy w Galerii Leica 6×7, pewien młody chłopak zaczął wskazywać mi ukryte detale w tym takie, o których nawet mnie udało się już zapomnieć. To była wielka radość. Okazało się, że dla młodych ludzi to naturalne środowisko.

Cieszę się, że Twój świat i Twoje projekty są spójne, tworząc Twoją rzeczywistość, która jest Twoim życiem, a nam daje to możliwość obcowania z Twoimi projektami. Jak odpoczywasz?

Odpoczynek i okazje do przemyśleń daje mi rower. Podczas gdy mam problem do zgłębienia, obojętnie czy komercyjny, czy artystyczny, potrafię pochłaniać dziesiątki kilometrów. Biorę kask, zakładam obcisłe wdzianko i jadę do Kampinosu. W tygodniu są to trasy po lesie do 50 km, a w weekendy to nawet 100. W tym czasie odpoczywam, a jak wracam mam już milion pomysłów.

Od dziecka gram na harmonijce ustnej, chromatycznej, z przyciskiem bocznym, na półtony. Gdy siadam i zaczynam grać, muszę się odciąć od wszystkich tematów. Nie mogę być spięty. Bardzo przy tym odpoczywam.

Czego Ci życzyć Pawle?

Tylko jednego obecnie. Marzę o tym, aby wreszcie wejść do studia i zacząć robić zdjęcia do Tego Tajnego Projektu. Oczywiście wiąże się to z zamknięciem rozdziału pandemii.

No to cóż – Życzę Ci Pawle powrotu do studia i owocnej pracy nad projektem, który choć tajny, jest teraz dla Ciebie najważniejszy! Dziękuję w imieniu własnym i czytelników za miłą rozmowę.

Zapraszamy jak zwykle na stronę artysty.