Nigdy nie sądziłem, że test nazwę kiedyś – „radosnym”. Tak właśnie przychodzi mi myśleć po zakończeniu testu aparatu Leica Q 2 Monochrom. To niesamowite. Nigdy jeszcze test aparatu nie wprawił mnie w tak dobry nastrój. Na przekór wszystkiemu. Listopadowa, zimna, deszczowa noc stała się scenerią większości zdjęć. Nie było miło, a jednak bardzo często się uśmiechałem. Gdyby nie puste ulice zapewne ktoś zauważyłby śmiejącego się niczym „głupi do sera” człowieka, który na fotografowanie wybrał się po 21 00 w listopadzie.

Niby wiedziałem, co robię, ale dopiero po wejściu w czerń nocy zrozumiałem, jak dobrze zrobiłem, narażając ten „aparacik” na walkę o każdy luks światła. On najzwyczajniej nic nie zrobił sobie z tego, że postawiłem go w niewygodnej sytuacji, fotografowania w warunkach, w których światła już nie ma.

Podobnej próbie poddałem na wiosnę model M 10 Monochrom i ten także pokazał pogardę dla „złych warunków świetlnych”. Tyle że, był to model M. Najwyższa klasa pełnej klatki uzbrojona w dalmierz. Tymczasem to, co trzymałem w palcach – bo raczej nie w dłoni – nie zapowiadało szału. No może inaczej. Nie zapowiadałoby szału dla przeciętnego znawcy tematu. Kompaktowy aparat ze wbudowanym obiektywem i to w dodatku „popsuty”, ponieważ robi wyłącznie czarno-białe zdjęcia to niezbyt dobra zapowiedź…

No tak. Jednak dla mnie liczyło się co innego. Po pierwsze znałem model Q pierwszej generacji, który zachwycił mnie totalnie łatwym procesem fotografowania, niepozwalającym na zrobienie złych zdjęć. Tak go zapamiętałem. Można było robić zdjęcia jedną ręką i wszystko wychodziło wspaniale. Tu jednak najwięcej obiecywałem sobie po zubożonej o siatkę Bayera, matrycy. Wiedziałem, czym to pachnie. Połączenie ultra-czułej, pracującej tylko na wykrywaniu jasności poszczególnych pikseli, a więc ekstremalnie szczegółowej matrycy dającej tak przeze mnie lubianą czerń i biel z łatwością fotografowania serii Q musiało być szokiem.

Moja definicja słowa „szok” uległa przesunięciu, a raczej odsunięciu w strefę słów, których lepiej nie używać. Zbyt szybko mogą tracić na ważności. Tak. Szok to eufemizm, a jednak nie znajduję innego słowa, na opis mojego stanu ducha. Zaskoczenie? Osłupienie? Chyba tak. A potem, ta opisywana przeze mnie na początku radość. Radość fotografowania.

Tak naprawdę nie powinienem testować tego aparatu. Przecież na co dzień walczę o jak najwyższą jakość obrazu, fotografując na korpusach średnioformatowych. Tymczasem testuję maleńki aparat, który wydaje się bardzo zaawansowanym kompaktem…

Wytłumaczę Wam, czym jest Q2 Monochrom. To doskonałe narzędzie do reportażu czarno-białego. DOSKONAŁE. To lepsza wersja Sony RX 1 opartego o te same założenia i będącego niesamowicie profesjonalnym aparatem fotograficznym. Q2 Monochrom jest jeszcze doskonalszym ziszczeniem marzeń o profesjonalnym korpusie, który byłby niewidoczny. Celowo nie piszę niepoważny.

To nie Fujifilm X100, który też ma zabudowany na stałe obiektyw. To zawodowy korpus o doskonałym, dopracowanym w każdym szczególe dizajnie i niesamowitych osiągach. Korpus tak dobrze zrealizowany, że po raz kolejny (któryż to już raz w ciągu ostatnich lat?) Wzbudził we mnie szacunek i podziw dla Leica Camera za stworzenie dzieła inżynierii. Nie, nie sztuki użytkowej chociaż minimalistyczny, monochromatyczny, matowy korpus mógłby stanowić przykład dla wielu producentów. To, co sprawia, że to zawodnik ligi profesjonalnej to zespół zaimplementowanych w ten aparat cech, które połączone w jednym korpusie zapowiadają wyśrubowaną skuteczność.

Mały, czarny, niepozorny korpus, na którym widnieją tylko niezbędne oznaczenia w białym kolorze – zupełnie nie rzuca się w oczy i wygląda bardzo niepoważnie. Atut dla każdego reportera – tu odsyłam do rozmowy z Panem Tomaszem Tomaszewskim, który o wykorzystywaniu małego aparatu z dobrym obiektywem wspomina.

Bardzo dobry obiektyw! Tak bez przesady można stwierdzić, że obiektyw Summilux 28 mm f/1,7 ASPH. to mistrzostwo świata. Jedenaście soczewek w dziewięciu grupach w tym trzy soczewki asferyczne to budowa, która przywodzi na myśl, najbardziej zaawansowane szkła do systemu M. Jednak ten obiektyw to nie super ostry Elmarit 28 mm f/2,8 – obiektyw miniaturowy, ale bardzo ostry. To raczej rozbudowana wersja szkieł 28 i 24 mm o świetle f/1,4. Obiektyw obudowany jest mechaniką, której nie powstydziłby się żadem producent optyki na świecie. Ciasno spasowane pierścienie, zero luzów i rozwiązania sprawiające, że obiektyw spokojnie może być tym jedynym. Jakie rozwiązania?

Po pierwsze ustawienie makro przez obrót pierścienia ostrości i dostanie się do bliskich odległości fotografowania.

Po drugie, wypukłość pod palec na pierścieniu ostrości – coś co znamy z obiektywów systemu M, połączona z krótką drogą nastawiania ostrości w trybie manualnym. Ten uchwyt ma w sobie zabudowaną blokadę pozwalającą zablokować i odblokować tryb AF. Fenomenalne rozwiązanie.

Po trzecie obiektyw ma cichy system AF, który reaguje tak szybko, że nie widzimy samego ostrzenia.

Po czwarte ultra cicha, o wiele cichsza niż ciche migawki szczelinowe w najnowszych modelach M10 migawka centralna, która niezauważalnie otwiera się i zamyka nie kopiąc korpusu.

Po piąte – metalowa zakrywa obiektywu i świetnie, ciasno zbudowana osłona przeciwsłoneczna – chyba jedna z najlepszych, jakie stworzono. Nakręcana na obiektyw blokuje się w odpowiedniej, jedynie słusznej pozycji – proste i genialne.

Po szóste – plastyka obiektywu. Niedostępna dla innych konstrukcji wbudowanych na stałe. Obiektyw mimo ogniskowej 28 mm pozwala na zabawę rozmyciami, które są bardzo plastyczne.

Na koniec wysokorozdzielcza matryca. Matryca full frame 50,4 megapikseli przycięta do efektywnych 47,3 megapikseli w stosunku boków 3:2 to nie żarty. Zwłaszcza w połączeniu z brakiem siatki Bayera i tak dobrym obiektywem. Ostrość i rozdzielczość oraz mikrokontrast na najwyższym poziomie.

14 bitowa głębia w odcieniach szarości – ogarniacie to? Ja z trudem, ale obraz z monochromatycznych kamer był zawsze idealny w czerni i bieli. Znacznie lepszy niż ten po konwersji z pliku kolorowego. Tak jest i w tym przypadku. W zasadzie nie ma co zmieniać w postprodukcji. Jeśli plik naświetlimy dobrze – reszta może został bez zmian.

Szybki system AF z wieloma trybami pracy – jak się okazało rzecz nieodzowna, która sprawia, że nie musimy zbyt często oglądać zrobionych zdjęć na ekranie aparatu. Ufamy, że będą świetne. Ostre, chociaż nie słyszeliśmy ostrzenia.

Akumulator wystarczający na dzień pracy.

Uszczelniony korpus, odporny na wilgoć i kurz.

Zakres czasów od 60s do 1/2000 s w przypadku migawki mechanicznej i 1s do 1/40 000 s w przypadku migawki elektronicznej.

Zapis video w Cinema 4K, 4K i Full HD.

Możliwość zabawy w ostrzenie manualne z automatycznym powiększeniem wskazanego na ekranie dotykowym punktu.

Jasny, wysokorozdzielczy celownik z korekcją dioptri, który obok tylnego ekranu, potrafi także realizować ujęcia, podając wszelkie dane i obszar kadru dla danej ogniskowej.

No właśnie tu kolejna sprawa. Pod kciukiem znajduje się przycisk funkcyjny, który zmienia ogniskową z 28 mm na 35 mm, 50 mm i 75 mm. Genialnie proste!

To tylko niektóre atuty. Wszystko tkwi w oprogramowaniu zbierających wszystkie te komponenty w działającą całość. Proste menu, szybki AF i czułość, którą można swobodnie forsować. Jak swobodnie? Szczerze? Ustawiłem ją jako ISO Auto i przestałem zawracać sobie tym głowę. Po pierwszych zdjęciach zmieniłem korektę ekspozycji na – 0,7 EV, a system pomiaru światła na matrycowy. I mogłem fotografować w nocy. Czułość, która „przechodzi” w tym aparacie to 100 000 ISO, które generuje ziarno na poziomie forsowanego Ilforda HP 5 lub nieforsowanego Tmax 3200. Kto miał do czynienia z tymi filmami światłoczułymi, ten wie, o czym piszę. Kadry da się wykorzystać i wprowadzą duże wrażenie autentyczności przez swe ziarno. Całość działa intuicyjnie, w czym pomaga proste menu. Automatyzacja daje luz, o którym udało mi się zapomnieć przy wystudiowanym fotografowaniu coraz większymi matrycami i cięższym sprzętem. Radość, o której napisałem we wstępie, bierze się właśnie stąd! Lekki aparacik, który zawieszony na dopieszczonym do granic możliwości pasku made in Leica daje dostęp do fotografii w każdej sytuacji. W każdej, czyli w moim teście w sytuacjach, w których nigdy nie sięgnąłbym po kamerę, ponieważ warunki na to zwyczajnie nie pozwalały! Pomiar światła nie daje zdjęć przepalonych czy dramatycznie niedoświetlonych. Otrzymujemy zawsze dobre zdjęcia. To wspaniały fotograficzny notatnik. Wspaniałe narzędzie do tworzenia klimatycznych czarno-białych fotografii. To wszystko zaś bez nadmiernego patosu i obciążeń za to z wielką dawką emocji i radości.

Dla kogo jest to aparat? Przede wszystkim dla każdego wielkiego miłośnika fotografii czarno-białej. Trochę odwrócę sytuację. Inwestując w jasny obiektyw Leica, tak naprawdę za jakieś 5 tysięcy złotych dokupujemy korpus. W przypadku totalnego zawodowstwa musimy sięgnąć po M10 Monochrom za ponad 30 000 i obiektyw za ponad 15 – 20 000. Nie będziemy mieli jednak systemu AF i tej lekkości. Czy 26 000 zł to cena duża? Nie pytajcie mnie o to. Za ten aparat, metalowy, solidny, świetnie działający i dający wysokorozdzielcze kadry nadające się do powiększeń – to cena po prostu dobra. Naszą barierą psychologiczną jest to, że za takiego Sony RX1 czy taką Leicę Q2 jako małe korpusiki, nie chcemy dawać więcej niż za pełnoklatkowego bezlusterkowca z wymiennymi obiektywami. Jednak ten pełnoklatkowy bezlusterkowiec nie zaoferuje Wam takiej radości fotografowania i tak ekstremalnych ujęć, jak to cacuszko.
Odpowiadając Wam na pytanie – to skończone narzędzie, dla prawdziwych fotoreporterów, walczących o laury w fotografii czarno-białej. Tak mały aparat nie budzi emocji, jest niezauważalny a możliwość fotografowania w naprawdę złych warunkach świetlnych to bonus, z którego nie godzi się nie skorzystać. Nikt nie zwodzi na nas uwagi, chyba że zostaniemy ocenieni jako „Tacy, którym w życiu coś nie wyszło”, skoro muszą fotografować jakimś niegroźnym kompakcikiem – jak to określił ładnie Pan Tomasz Tomaszewski. Gdybym był fotoreporterem, z takim urządzeniem nie mógłbym wymigać się żadnym usprawiedliwieniem, że z wydarzeń nie przywożę niesamowitych ujęć. Robiąc zdjęcia testowe, pykałem je jedną ręką przez szyber dach auta. W nocy. Prowadząc… Ciemne krzaki na podwórku w nocy? Oczywiście! Podświetlony nastrojowo pub? Jasne! To wszystko bez przejmowania się danymi ekspozycji. Czas? Przysłona? ISO? A kto by o tym myślał!?

Na koniec i tak otrzymamy dobrze naświetlone, plastyczne obrazy wysokiej jakości. W momencie, gdy tak dużą wagę przywiązuję do średnioformatowych konstrukcji takich, jak Fuji GFX 100 czy Hasselblad 907X tylko ten aparat widzę jako wrzucony w kąt fotograficznej torby element, będący przeciwieństwem tych kamer. Uzupełniający wystudiowany świat profesjonalnej fotografii o możliwości rejestracji w ruchu, biegu czy zdobywaniu pięknych kadrów z codziennego życia. Bez utraty jakości! Dla mnie to jednak ciągle ważne! 

Dlatego zrodziła mi się w głowie pewna myśl. Znalazłem jeszcze jeden obszar zastosowania tego fenomenalnego aparatu. Jest dla niego miejsce w skórzanej torbie Rekina Kapitału. Biznesmena, szefa firmy, członka zarządu, finansisty czy uprawiającego wolny zawód adwokata, czy lekarza. W świecie gdzie dba się o to, aby nawet porcelana na stole była najwyższych lotów, a co najmniej sześcio-cylindrowy silnik napędzał samochód wykończony w stylistyce premium, jest właśnie miejsce na ten wysmakowany model, w którym nawet elitarne logo Leica zostało schowane jako zbyt natarczywe. W takich realiach trudno jest zabłysnąć przed znajomymi relacjami foto z najnowszego smartfona. Przecież wszyscy posiadają taką technologię. Może to właśnie wysmakowane, czarno-białe kadry pokażą w godny sposób tak cenne chwile, które przeżywamy. Może to właśnie fakt, że nasz miniaturowy matowo-monochromatyczny przyjaciel da nam możliwość oprawienia tych wspomnień w ramę i zawieszenia w gabinecie – sprawi, że świat pokazany w czerni i bieli będzie tak wspaniały? Czyż to nie piękny w tych czasach przykład wirtuozerii technologicznej, która daje nam to, czego inni nie mają? Prowadzi nas tam, gdzie nie marzyliśmy dotrzeć…